Reportaże
P. Wichary
Z dziennika pewnej podróży
Sobota - 01.08.2009 r.
godz. 10.00 Zabrze
Wyruszamy w zaplanowaną od pół roku wymianę do Andaluzji- historycznego portu Sanlúcar de Barrameda, z którego w 1498 sam Krzysztof Kolumb wypływa w trzecią podróż do Nowego Świata, a w 1519 r. flota, pod dowództwem Ferdynanda Magellana w pierwszą w historii podróż dookoła świata. Na trasę Zabrze- Balice, cztery godziny zegarowe okazały się prawie wystarczające, do pokonania gigantycznego korka na naszej osławionej A4. Ciekawe, co na takie dystanse, powiedzieliby - Kolumb i Magellan???
godz. 13.40 Balice
Wpadamy na lotnisko, a tu następna niespodzianka, okazuje się, że nasz hiszpański samolot jeszcze nie przyleciał i ma 1,5 godzinne opóźnienie! W końcu zamiast wylecieć o 14, "wyfrunęliśmy" z takim samym opóźnieniem! I to nie jest śmieszne, ponieważ czeka nas w Madrycie przesiadka, na którą z powodu tegoż opóźnienia nie mamy prawa zdążyć! W samolocie zapytaliśmy stewardesę, co w takiej sytuacji robić? Skoro przylecimy do Madrytu po 17.30, kiedy to mamy następny lot. Ona zobaczywszy nasze zmartwione miny powiedziała, że jak zaczniemy podchodzić do lądowania i będzie mieć zasięg telefoniczny to skontaktuje się z lotniskiem i może czegoś się dowie.
godz. 18.55 Madryt
Wysiadamy z samolotu, stewardesa informuje, że samolot czeka tylko na nas! Podając nam nr bramki, prosi, żeby się pospieszyć! Dla nas, pokolenia wychowanego w "siermiężnych latach" - szybko, znaczy dosłownie szybko! Niestety nasze chłopaki "pokolenie dobrobytu", bez rzutkości działania, po prostu nas zgubiło! Czekająca stewardesa pyta: "Are you last passengers from Krakow, where are your children?", po czym wywołuje przez megafon fonetycznie nasze nazwisko, co brzmi tak zagadkowo, że trudno się domyślić, że to chodzi o własne dzieci! Na szczęście wybawia nas z kłopotu telefonia satelitarna i zguby są!
godz. 19.00 Madryt
Wchodzimy do samolotu i tu, przyszło nam do głowy zapytać: co z naszymi bagażami, na co padła odpowiedź: Don`t worry! Wydało się nam to dziwne, bo wszystko trwało kilka minut, czyżby hiszpańskie służby bagażowe działały na hiperdopalaczach?
godz. 20.05 Jerez de la Frontera
Wylądowaliśmy, no i co? Nie ma naszych bagaży! W reklamacji powiedziano, że wcześniej czy później się znajdą, najpewniej dotrą z powrotem do Zabrza! Na razie dostaliśmy 4 zestawy kosmetyczek z przyborami do mycia i do szycia- dobre sobie, szycia czego? Jak nic nie mamy! Usłużny taksówkarz szeroko otwiera bagażnik- a my szarmancko pakujemy nasz wakacyjny dobytek: paszporty, pieniądze, 2 aparaty fotograficzne, 4 komórki (wszystkie ładowarki- pozostały w zagubionych bagażach, nawigacja satelitarna też!).
godz. 21.00 Sanlúcar de Barrameda
Szczęśliwych, choć jakby trochę "lekkich" - jak na dwutygodniowy pobyt, powitała nas Elena - córka naszych Hiszpanów. Wiedziała już o naszych perypetiach od rodziców, którzy przecież tak samo spóźnieni dolecieli do Balic. Zaraz też przysłali sms, że mamy korzystać z wszystkich potrzebnych rzeczy np. ubrań, kremów do opalania, ręczników itp. Elena mieszka w tym samym apartamentowcu, z mężem i 4-miesięcznymi bliźniakami, tylko piętro niżej. Natychmiast ofiarowali nam pomoc- zaopatrzyli w najpotrzebniejszą odzież oraz kilka razy dzwonili na lotnisko w naszej sprawie. Ładnie z ich strony, takiej pomocy nawet w 5-cio gwiazdkowych hotelach mieć nie można!
Niedziela - 02.08.2009 r.
Do południa zwiedzamy Sanlucar- jest piękny! Pełno miejscowych bodegas- miasto słynie z produkowanego tutaj jasnego, wytrawnego wina zwanego manzanilla. Zabytków bez liku, plaże i widoczne szerokie ujście wielkiej Gwadalkiwir do Atlantyku, na drugim brzegu największy w Hiszpanii Park Narodowy Donana - robią takie wrażenie, że nawet cudze ubrania na własnej skórze nie są przeszkodą!
godz. 14.00
Elena zarządza, że Wojtek z jej mężem, jako tłumaczem udają się samochodem na lotnisko do Jerezu, żeby monitować odnalezienie bagaży. Wracają z odzyskanymi 2 walizkami, które przyleciały rano oraz z zapewnieniem, że pozostałe dwie dojadą do nas z kurierem, bo inaczej seniora Elena "zrobi raban"!
godz. 24.00
Uśmiechnięty kurier przywozi brakujące 2 walizki i każe pozdrowić seniorę Elenę! Zagubienia bagaży podczas wojaży to historia często spotykana, ale życzliwość, serdeczność i ofiarność w niesieniu pomocy, to już kwestia podejścia ludzi. Idea Intervacu oparta na wzajemnej współpracy, zaufaniu i pomocy w razie potrzeby, spełniła się w stu procentach w naszym przypadku.
03.08 - 15.08. 2009 r.
Zwiedziliśmy pół Andaluzji z przepiękną stolicą - Sewillą z jej cudnej urody ceramiką azulejos, najstarsze miasto Europy -Kadyks. Ponadto górskie Arcoss, kilka nadmorskich kurortów z szerokimi, piaszczystymi plażami nad Atlantykiem, płynęliśmy w górę Gwadalkiwiru, żeby zakosztować przyrody pełnej mokradeł, terenów myśliwskich należących do królów hiszpańskich i ptactwa błotnego. Niezapomnianych chwil i wrażeń dostarczył nam dostojny skalisty Gibraltar. W Jerezie de la Frotera- znanym z produkcji sherry, szkół tańca koni i światowej sławy Winiarni Gonzalez Byass, spotkaliśmy jedynych Polaków, podczas całego naszego i ich pobytu w Andaluzji. Była to para studentów medycyny, którzy przebywali tam na miesięcznej wymianie wakacyjnej. Cóż prawie 4 tys. km, dwa loty w jedną stronę to sporo, nawet dla żądnych przygód rodaków. Ale nie odstraszyła członków Intervacu, którzy jak się okazało mogą zawsze liczyć na wsparcie, serdeczność i prawdziwych przyjaciół. Takie wymiany sprzyjają nawiązywaniu relacji, w których czujemy się odpowiedzialni za naszych nowych znajomych i stanowimy dla nich mocne zaplecze. Nasze zaplecze było solidne!



