Reportaże
Państwo Bogdańscy
Kalifornia
4.10.2007 r otrzymaliśmy e-mail od członka Intervac, małżeństwa z Kalifornii z zapytaniem, czy bylibyśmy zainteresowani w roku 2008 wymianą domów na spędzenie urlopu w USA. Propozycja była bardzo kusząca, by wyjechać po raz pierwszy do USA. Po kilku dniach odpowiedziałem na tak i zaczęliśmy korespondencje z nieznajomymi, jak się póżniej okazało bardzo sympatycznymi emerytowanymi profesorami z Los Angeles.
Dla nas była to pierwsza wymiana, dla nich jedna z wielu, jakie w poprzednich latach dokonali w ramach Intervac-u w różnych zakątkach świata.
Nasza wymiana jednak była trochę inna niż tradycyjne wymiany między rodzinami, gdy jednocześnie w tym samym czasie następuje zamiana miejscami.
Mając duży dom zaproponowaliśmy naszym znajomym najpierw przyjazd do nas i spędzenie 1 mca latem 2008 we Wrocławiu, zwiedzając wspólnie interesujące zabytki Dolnego Śląska, oglądanie spektakli w Operze Wrocławskiej, imprez plenerowych, czy uczestniczenie w uroczystościach rodzinnych. Pozwoliło to z jednej strony na wzajemne poznanie się , w moim przypadku także na podciągnięcie się w języku angielskim.
Wybór Wrocławia przez naszych znajomych nie był przypadkowy. Jak się okazało Zigrid urodziła się we Wrocławiu na 3 lata przed wybuchem II wojny światowej. Tu we Wrocławiu a póżniej w Lądku Zdroju spędziła swoje dzieciństwo i tu zimą 1945 r przeżyła koszmar kilkuset km przeprowadzki wozem konnym a póżniej pieszo wraz rodziną do RFN. Obecnie dla niej była to podróż do miejsca, do którego często się wraca we wspomnieniach z najmłodszych lat. Pod koniec pobytu nasi goście zaproponowali, abyśmy przyjechali do USA z naszą córką Izabelą i jej mężem Mirosławem. Młodzi zajęli się sprawami organizacyjnymi tj zakupem w miarę tanich biletów lotniczych, zaplanowaniem dodatkowych /poza Los Angeles/ interesujących miejsc do zwiedzania, rezerwacją hoteli i przygotowaniem wszystkiego co jest niezbędne i związane z podróżą.
Nasza przygoda z Ameryką Północną zaczęła się 24.09.2008, gdy wyruszyliśmy samochodem z Wroclawia do Berlina, gdzie na strzeżonym parkingu przy lotnisku Tegel za 85 Euro zaparkowaliśmy samochód na 1 m-c. Bilet lotniczy z Berlina do Los Angeles z przesiadką w Nowym Yorku liniami Continental kosztował 2400,00 zł w obie strony na 1 osobę. Bilet z Wrocławia lub z Warszawy do L.A kosztowałby o kilkaset zł więcej.
Po wylądowaniu na lotnisku Lax w Los Angeles nasi przyjaciele przywitali nas kwiatami i 2 samochodami zabrali nas do swojego apartamentu i ulokowali nas w 2 sypialniach. Podczas uroczystej kolacji poinformowali nas o interesujących miejscach do zwiedzania w mieście w najbliższych dniach, oraz że mamy na miejscu basen, jacuzzi, fitnes club, kort tenisowy i samochód Toyota Camry do własnej dyspozycji.
Mieszkaliśmy w zachodneiej części Los Angeles na na przepięknym osiedlu Rancho Palos Verdes nad Pacyfikiem wśród kwitnących bugenwilli, oleandrów, wysokich palm i okazałych sosen kalifornijskich, codziennie nawadnianych trawników i starannie pielęgnowanych krzewów ozdobnych.
Podczas ponad 3 tygodniowego pobytu w USA zwiedziliśmy wiele pięknych miejsc w Kalifornii, Nevadzie, Arizonie i Nowym Yorku.
Kalifornia - trzeci co do wielkości stan USA, po Alasce i Teksasie. Pod względem ludności równy Polsce, pod względem obszaru 25 % większy od Polski. Najbogatszy i najpiękniejszy ze wszystkich stanów, z cudownym ciepłym klimatem latem i łagodną zimą. Na północy graniczy ze stanem Oregon, na wschodzie ze stanami Nevada i Arizona, na południu z Meksykiem od strony zachodu otacza Pacyfik.
Los Angeles
Na szczególną uwagę należy wymienić w Los Angeles La Brea Tar Pits Muzeum związane z ropą naftową, która występuje tu powszechnie. W dawnych czasach sadzawki ropy naftowej przypominały dzikim zwierzętom zbiorniki wody i spragnione zwierzęta topiły się w ropie, smole i asfalcie a nie mając ratunku ginęły, pozostawiając swe kości, które dobrze się zakonserwowały do współczesnych czasów.
W muzeum przedstawiono szkielety dawnych gatunków zwierząt jak mamut wełnisty, bizony, słonie, niedżwiedzie, mastodonty, wielbłądy, olbrzymie szczury, jaszczurki, szakale w sumie 59 gatunków ssaków, 135 gatunków ptaków, wiele owadów i roślin z okresu Pleistocenu sprzed 40 000 lat temu.
W dzielnicy Beverly Hils na północnych wzgorzach Los Angeles znajduje się Getty Center Muzeum. W 54 galeriach podziwiać tu można bogate eksponaty sztuki współczesnej, jak również zbiory malarstwa światowego, a na zewnątrz wspaniałą architekturę budynków i zadziwiającą urodę ogrodów. Z tarasów muzeum widoczna panorama 10 pasmowej autostrady wijącej się przez wzgórza w kierunku północy miasta.Jeden dzień to za mało, żeby to wszystko dobrze obejrzeć Hollywood dzielnica związana ze światem filmu. Pośród zieleni, za wysokimi żywopłotami ukryte bogate rezydencje wspołczesnych gwiazd filmowych. Nieco dalej słynna Aleja Gwiazd "Wolk of Fame" /Greta Gabro, Jack Nicholson i wielu, wielu innych /z wyrytymi nazwiskami sław filmowych a obok przy Chinese Theatre odciski stóp i dłoni czasem z dopiskiem głównych myśli aktorów np Johna Wayna "There are not enought words" .Obok Kodak Theatre, gdzie rozdawane są Oskary za najlepsze dzieła filmowe.
Następnie jedziemy do dzielnicy Meksykańskiej. Kalifornia do 1848 r należała do Meksyku, stąd dużo akcentów meksykańskich jak dawne klasztory, kościoły/ Nuestra Senora Reina de Los Angeles z 1781 r/, budynki zamieszkałe przez ludność meksykańską. Zwiedzamy najstarszy bydynek w Los Angeles z dobrze zachowanym wnętrzem pierwszych osadników zbudowany w 1818 r /The Avila Adobe Historic Monunent/. Na podwórku stoi Kareta z drewnianymi wielkimi kołami z XIX wieku. Po wyczerpującym dniu Richey zaprasza nas do najstarszej restauracji w Los Angeles, gdzie spożywamy soczystą pieczeń z bizona. Pod koniec dnia udajemy się na Rancho Palos Verdes, gdzie na basenie i Jucuzzi regenerujemy siły.
Następny dzień zapowiada się również bardzo gorący. Jest początek pażdziernika Temperatura w dzień dochodzi do 100 stopni F tj powyżej 35 stopni C. Ziggi zabiera nas swoją Toyotą Prius na zwiedzanie Ogrodu Botanicznego. Na dawnym miejskim wysypisku śmieci utworzono rozległy ogród z różnymi grupami roślin. Od sukkulentów do roślin hydroponicznych. Ze względu na gorący klimat w niektórych partiach ogrodu na okrągło pracują zraszacze. Dla wytchnienia zatrzymujemy się na ławeczce w cieniu przy stawie i podziwiamy ptactwo wodne. Odważniejsze kaczuszki zbliżają się do nas na odległośc wyciągniętej ręki. Brzegi stawu opanowały bujne papirusy a nieco dalej wszędobylskie palmy z zaschniętymi liśćmi niemal po sam czybek pnia.Wierzby zas niemal zatopiły swe konary w wodzie.
Po zwiedzeniu Ogrodu Botanicznego udaliśmy się do centrum handlowego na zakupy. Jest sobota, jedziemy na targ miejski. Farmerzy z okolicznych miejscowości sprzedają swe produkty. Jest duży wybór owoców cytrusowych, warzyw, nabiału, pieczywa, miodu, cenyznacznie niższe jak w sklepach. W cieniu pod drzewem starsze małżeństwo gra dawną muzykę country, żona farmera śpiewa i tańczy stare amerykańskie przeboje, wokół zbiera się spora grupa ludzi i podziwia artystów amatorów i nagradza ich datkami kilku dolarowymi i oklaskami
Long Beach
Z Rancho Palos Verdes Richey zabiera nas samochodem do San Diego a następnie jedziemy do Long Beach. Tu zwiedzamy sławny statek Queen Merry największy statek pasażerski świata o długości 345m z 2620 miejscami na pokładzie, który pływał między Southampton a Nowym Yorkiem i całą trasę pokonywał w ciągu 6 dni. Obok statku zacumowany jest rosyjski okręt podwodny "Skorpion" udostępniony również dla publiczności.Po drodze można było zobaczyć wielki port kontenerowy a także wieże wydobywcze ropy naftowej na oceanie.
San Francisco
Podróż z Los Angeles do San Francisco samochodem zajęła nam ponad 8 godz. Dzięki zakupowi GPS trafiliśmy do Hotelu Marriot w Oakland bezbłędnie. Jadąc przez pustynie napotykaliśmy się na pasma górskie Sierra Nevada, na równinach zaś widzieliśmy farmy sadownicze /uprawa brzoskwiń, cytrusów, jabłek, winogron, warzyw.Czasami można było zauważyć elektrownie wiatrowe i platformy wydobywcze ropy naftowej. Po przespanej nocy w hotelu i śniadaniu udajemy się na zwiedzanie San Francisco. Przejeżdżamy przez jeden z najdłuższych /2,7 km/ i najpiękniejszych wiszących mostów świata Golden Gate Bridge, oddany do użytku w1937 r. Rocznie odwiedza most ok 14 mil. turystów z całego świata. Kierujemy się w stronę Fisherman'sWharf, parkujemy samochód i zwiedzamy przystań floty rybackiej. Przy Pier 39 na platformach wylegują się lwy morskie. Zwiedzamy pobliskie butiki, wszędzie pełno turystów.Ustawiamy się w kolejkę do kasy po bilet na statek i płyniemy w stronę Golden Gate Bridge, a następnie opływamy słynne więzienie Alcatraz. Po wyjsciu ze statku udajemy się do centrum miasta. Po drodze wstępujemy do restauracji włoskiej "Sotto' Mare" na b.smaczny obiad z owoców morza. Zwiedzamy katedrę św. Piotra i Pawła, gdzie za chwilę młoda para ma zawrzeć związek małżeński, obok na skwerku na trawie wypoczywają przechodnie.Przechodzimy przez Chinatown pełną chińskich sklepów i restauracji, w oddali widzimy Transamerikan Piramid. Zmęczeni, wracamy do samochodu i jedziemy przez miasto w stronę Pacyfiku , by podziwiać wybrzeże i plaże nad Pacyfikiem. Wieczorem jeszcze raz udajemy się na Golden Gate Bridge, parkujemy samochód i z innymi turystami obserwujemy w świetle reflektorów nadchodzący zmrok i nieprzerwany strumień samochodów poruszających się w obie strony.
Yosemite National Park
Po spędzeniu drugiej nocy w hotelu, następnego ranka 06.10.2008 udajemy się do Yosemite National Park. Komunikaty pogodowe ostrzegały o możliwości wystąpienia opadów śniegu i oblodzeniu oraz konieczności zaopatrzenia się w łańcuchy przeciwslizgowe.Tymczasem po dotarciu na teren parku zastała nas ładna słoneczna pogoda. Nazwa Yosemite wywodzi się od indiańskiego słowa określającego niedżwiedzia grizzly, będącego plemiennym totemem rdzennych mieszkańcow tych ziem. W Yosemite występują najpotężniejsze drzewa świata mamutowce olbrzymie. Są one nieco niższe niż spokrewnione z nimi kalifornijskie sekwoje, lecz są znacznie grubsze i bardziej rozłożyste. Wjeżdżamy do 18 km Yosemite Valley najpiękniejszej polodowcowej doliny świata. Po lewej i prawej stronie co chwilę zaskakują nas poteżne granitowe pionowe ściany, sięgające do 1000 m. wysokości z których przelewa się woda tworząc trójkaskadowy wodospad jak Yosemite Falls z wysokości 739 m czy Bridaveil Fall z wysokości 190 m. Przy drodze towarzyszy nam rzeka Merced, ktora meandrami przetacza się przez dolinę. Wychodzimy na polanę nad rzeką, tuż obok nas przechodzą 2 sarny przywykłe już do obecności turystów, robimy ostatnie zdjęcia i po 3 dniowym wypadzie, wracamy do Los Angeles.
Arizona - powierzchnia stanu 295260 km. Liczba mieszkańców 5,8 miliona. Zdecydowana większość kraju zajmuje pustynia. Robimy przygotowania do kolejnego wypadu, tym razem do Wielkiego Kanionu i Las Vegas. Ziggy i Richey wyposażają nas w słomiane sombrera i czapki, aby osłonić głowę przed upałem i promieniowaniem słonecznym i przypominają, aby zabrać spory zapas wody do picia. Szczegółowo na mapie analizujemy trasę podróży i miejsca do zwiedzania. Iza przez internet robi rezerwacje hotelu Mariott dla 4 osób na 2 noclegi w miasteczku Williams, Mirek zaś deklaruje, że będzie prowadził samochód. Zosia i Iza robią zakupy żywności i przygotowują kanapki i owoce na drogę, ja zbieram przewodniki i w trakcie podróży informuję o atrakcjach turystycznych, ktore będziemy zwiedzać.
Wczesnym rankiem 08.10.2008 r.wyruszamy w drogę, przed nami ponad 1000 km trasy. Mirek namierza ostateczną marszrutę w GPS na dzień dziszejszy i odpalamy samochód. Wyjeżdżamy z Los Angeles i kierujemy się na słynną autostradę nr 40, która prowadzi z zachodu na wschód USA. Na autostradzie duży ruch samochodów, zarówno ciężarowych jak i osobowych. W jedną stronę prowadzą 2 czasami 3 pasy ruchu, szerokie pobocza, stan nawierzchni dróg idealny, jedzie się wspaniale. Z przeciwnego kierunku ruchu, ze wschodu na zachód w odległości ok 100 m widzimy drugą połowę tej samej autostrady, również dużo pojazdow jadących z różną szybkością. Z okien samochodu widzimy pofałdowany teren pustyni Arizony, jedno pasmo górskie, za nim drugie i kolejne. Na chwilę pojawia się równina, pojedyńcze kaktusy, opuncje rzadkie krzewy i niewysokie drzewa, wyschnięta trawa częściowo pokrywa wysuszoną ziemię.Przez szyby samochodu pędzącego z szybkością 120 km, aparatami fotograficznymi staramy się uchwycić piekno krajobrazu.
Robimy krótkie postoje na rzadko rozmieszczonych stacjach benzynowych, aby zdążyć dojechać i uchwycić piękno zachodzącego słońca na ścianach Wielkiego Kanionu. Jest b. gorąco, uzupełniamy często wodę w organizmie, opróżniając kolejne plastikowe butelki wody mineralnej, klimatyzacja w samochodzie chodzi na pełnych obrotach, samochód spisuję się znakomicie. Zjeżdżamy na stację benzynową, aby uzupełnić paliwo w samochodzie.Ceny benzyny wahają się pomiędzy 3,50 a 3,80 $ za galon /około 4 L/, co w przeliczeniu na zł wynosi 2-do 2,4 zł za litr. Na zewnątrz samochodu upał niesamowity, dziwimy się, że przy temperaturze ok. 40 stopni C tutejszy asfalt przy stacji jest odporny na wysokie temperatury. Po przejechaniu ponad połowy trasy, na autostradzie widzimy makietę cowboja a za nim budynek zajazdu z napisem dużymi literami S A L O O N . Wstępujemy na obiad, wnętrze tawerny w stylu znanym nam z westernów. Obok stoi dawny dyliżans, uprzęż konna, ubior jeżdzca, zaskakujące dekoracje ruchomych duchów związanych ze zbliżającym się świętem Hollowenn. Zamawiamy na początek colę z lodem, którą podaje się tutaj nie w szklankach, ale w słoikach wekach. Spożywamy zupę i II danie typowe dla okresu sprzed co najmniej 100 lat, czuć atmosferę dzikiego zachodu.
Jedziemy dalej, kolejne tankowanie benzyny na autostradzie. Jest godz. 17 przed nami jeszcze około 100 km, zaczynamy powątpiewać, czy zdążymy przed zachodem słońca dojechać do celu. Spoglądamy na niebo, mija skwar i widzimy jak słońce powoli przybiera kolor czerwony i zacznie powoli staczać się za horyzont. Zjeżdżamy na węższe drogi, gdzie czasami dojazd do prywatnej farmy jest szerszy niż droga publiczna, zaczynamy błądzić, aż w końcu udaje się nam namierzyć drogę właściwą. Dojeżdżamy do bramy Grand Kanionu. Iza próbuje porozumieć się po angielsku ze strażniczką parku, ciemnowłosą Indianką, która mówi w swoim narzeczu. Zaczyna się ściemniać, w pośpiechu kupujemy bilety, jedziemy na parking i stajemy na krawędzi Wielkiego Kanionu.
Niesamowite wrażenie, nie do opisania. Oto przez miliony lat deszcz, wiatr i rzeka Kolorado wyrzeżbiła w gruncie wąwóz głęboki na 1,5 km, szeroki na kilkanaście km i ciągnący się na przestrzeni 450 km, odsłaniając kolejne warstwy ziemi o różnym zabarwieniu, formując przeróżne struktury w macierzystym gruncie, niczym budynki w mieście z ich bocznymi uliczkami. Jak powiedział John Muir " Grand Canyon is divaine place on the Earth created by nature"
Wielki Kanion jest boskim miejscem na Ziemi stworzonym przez naturę. Wracamy na noc do hotelu, lecz postanawiamy jutro wrócić tu ponownie. Następnego dnia udajemy się do centrum turystycznego Wielkiego Kanionu, gdzie spotykamy sporą grup turystów z innych krajów.
Po szczegółowym zwiedzeniu Wielkiego Kanionu, kierujemy się do Las Vegas. Po drodze mijamy większe i mniejsze skaliste pasma górskie, oraz niemal księżycowy krajobraz pustynny. Dojeżdżamy do zapory wodnej Hoovera, utworzonej na rzece Kolorado. Powstałe sztuczne jezioro Mead ma głębokość 185 m i długość 380 m. Tuż przy tamie wybudowano kilkanaście turbin wodnych produkujących spore ilości energii elektrycznej.Woda stąd służy do zaopatrzenia najbliższych miast.
Las Vegas
Miasto hazardu i rozrywki powstałe w 1905 r na pustyni Mohave. Po zakwaterowaniu się w hotelu Mariot ruszamy wieczorem do centrum miasta. Znajduje się tu 17 z 20 największych hoteli świata jak Hilton, Sharaton, Ramada czy słynny The Mirage, który dysponyje aż 3000 pokoi, i żeby zachęcić turystów, organizuje pokazy tresury delfinów, tygrysów, dziesiątki stołów do gry, centra handlowe i oszałamiające spektakle. Przechodzimy obok kasyna the Venetian, kopii włoskiej Wenecji. Nawet mozaiki na ścianach kasyna, okna, attyka na dachu jest dokładnie odwzorowana. Jest kanał, nad nim łukowy most, płynie woda, są łodzie i gondolierzy, słychać muzykę i włoskie melodie. Za kilkadziesiąt dolarów można przeżyć z ukochaną romantyczną podróż jak na kanale "La Grande". Obok przelewa się woda z kilku piętrowej kaskady, alabastrowe posągi bogin wpatrują się w przechodniów, tak jakbyśmy się nagle znależli w Rzymie. Na następnym kilkudziesięcio piętrowym kasynie usytuowanym nieco w głębi terenu z trudem odczytujemy wysoko umieszczony napis Palazzo, a przed hotelem przy samej ulicy wspaniałe restauracje. Idziemy dalej i podziwiamy kolejny olbrzymi hotel-kasyno "Treasure Island" / 2885 pokoi, powierzchnia kasyna 32 000 m 2/, przy samych scianach budynku, od strony ulicy zakotwiczony statek. Na dziobie olbrzymia głowa byka z potężnymi rogami, i czerwonym kółkiem w nosie, jakby mówiła o potędze statku, z okien kajut wydobywa się ledwowidoczne zamglone swiatło nocy, za chwile rozegra się tu bitwa morska załogi statku z piratami Mineła północ, na ulicach mnóstwo turystów, na jezdni setki rozpędzonych samochodów, jest gorąco i gwarno. Zajeżdżają pod hotele i kasyna najdroższymi samochodami świata gwiazdy filmowe, ludzie biznesu, miliarderzy, ludzie szukający szczęścia, przygody, rozrywki. Dostojnie ubrani portierzy otwierają drzwi samochodu, wysiadają goście i po rozłożonych kolorowych dywanach przemieszczają sie do wnetrza budynku w świetle iluminacji tysięcy lamp, neonów, i kwiatów. Wchodzimy do jednego z kasyn, setki maszyn do gry w olbrzymiej sali, sporo osób zafascynowanych jest swoją grą. Atmosfera udziela się również nam, każdy wybiera dowolny automat, ręczny lub elektroniczny, wrzucamy po dolarze i próbujemy szczęścia, najwięcej wygranych miała płeć piękna, lecz ostateczny wynik był -1$ dla każdego, ale emocji i wrażeń było sporo.Wchodzimy na chwilę na I piętro przeznaczonego dla bardziej zasobnych portfeli i zaawansowanych graczy w ruletkę Kelnerzy z elegancją serwują gościom drinki. Jeden z kelnerów zauważa nas i zaprasza nas do wolnego stolika, zamawiamy napoje i po ich wypiciu, zrelaksowani i odprężeni wracamy do własnego hotelu. Jutro przed nami powrót do Los Angeles.
Czas naszego pobytu na Rancho Palos Verdes powoli dobiega końca. Ostatnie dni spędzamy na miejscu razem z Ziggi i Richey jakbyśmy byli jedną rodziną.W dzień głównie kąpiemy się w basenie i jacuzzi.Czesto chodzimy na spacery nad Pacyfik. Podziwiamy odpływy i przypływy wody. Obserwujemy florę i faune oceanu i podziwiamy jak w harmonii wszystko ze sobą współdziała. Kiedy przychodzi pora odpływu, woda odsłania skały, wodorosty, małe organizmy wodne, i wtedy zjawiają się stada ptactwa na codzienną ucztę i w pośpiechu wyszukują najlepsze kęski pożywienia. Zawarliśmy nawet pewną znajomość z foką morską, która codziennie pojawiasię na swojej skale w oddali kilkudziesięciu metrów od brzegu. Gdy spacerujemy wzdłuż wybrzeża chowa się w wodzie, gdy przystaniemy, wychodzi na skałę i przypatruje się nam. Szczególnie piękne są zachody słońca, gdy kolorowe promienie odbijają się w spokojnej tafli oceanu i zwolna zapada zmierzch. Przedostatni dzien pobytu, gospodarze zapraszają nas na uroczysty, pożegnalny obiad do Chinese buffet. Doskonała kuchnia, szeroki wybór dań w postaci bufetu szwedzkiego z dań składających się z owoców morza, różnych dań mięsnych, surówek, deserów, owoców i napojów. Wieczór spędzamy przy lampce wina a następnie na pakowaniu. Nasze bagaże po zakupach w USA powiększyły się. Ziggi i Richey deklarują, że trzeba wziąć 2 samochody, aby przetransportować nas na lotnisko.
Wczesnym rankiem 15.10.2008 r. o godz. 4,30 wyjeżdżamy na lotnisko Lax, gdzie bardzo gorąco żegnamy się, dziękując za gościnę, za przyjemny pobyt, za wszystko, co dla nas zrobili nasi wspaniali przyjaciele.
Przed nami Nowy York, 2 dni zwiedzania i powrót do kraju.
Stanisław Bogdański



